Wybierz region

Wybierz miasto

    Antoni Czernow, budowniczy kościołów, otrzymał Krzyż Zesłańców Sybiru

    Autor: Bogdan Prejs

    2005-12-02, Aktualizacja: 2005-12-01 16:48 źródło: Dziennik Zachodni

    Wychował się na Wileńszczyźnie, dorastał w Kazachstanie, po powrocie do Polski został znanym architektem. Sam nie wie, ile naprawdę ma lat. Kilka dni temu Antoni Czernow odebrał Krzyż Zesłańców Sybiru.

    Wychował się na Wileńszczyźnie, dorastał w Kazachstanie, po powrocie do Polski został znanym architektem. Sam nie wie, ile naprawdę ma lat. Kilka dni temu Antoni Czernow odebrał Krzyż Zesłańców Sybiru.

    – Mój dziadek pisał się Chernoff. Ojciec Filip był rotmistrzem w IV pułku ułanów u Piłsudskiego. Mieszkaliśmy w Dowiedzinach niedaleko Wilna – opowiada i dodaje – Na naszym polu jest teraz... elektrownia.

    Kierunek Kazachstan

    Po wybuchu wojny został w domu z matką Marią, siostrą Martą i starszymi braćmi Feliksem i Apoloniuszem. W lutym 1940 roku wszyscy trafili do transportu jadącego na zsyłkę. Taka była kara dla tysięcy polskich rodzin mieszkających na terenach zajętych przez ZSRR i uznanych za wrogów narodu radzieckiego.

    Czernowowie trafili na bezkresne tereny Kazachstanu, na południe od Czelabińska. Rodzinę rozdzielono. Antoni został z siostrą i matką. Starszych braci skierowano gdzie indziej.

    – Mama pracowała w kołchozie jako dojarka, ja przygotowywałem i nosiłem jedzenie, pasałem z innymi dziećmi krowy. Miałem przyjaciół, takich jak ja wywiezionych z innych krajów. Był między nimi Czeczen, Czech, Niemiec znad Wołgi – wspomina.

    Pamięta też żołnierzy NKWD, którzy często zapuszczali się w te strony.

    – Walczyli z dezerterami, którzy tworzyli ukrywające się w stepie bandy. To byli przeciwnicy Stalina. Nazywano ich Czarnaja Koszka, czyli Czarna Kocica. Należeli do niej głównie oficerowie. Dochodziło do regularnych bitew między nimi i NKWD. Złapani dezerterzy byli rozstrzeliwani podczas publicznych egzekucji, na jakie nas spędzano – opowiada Czernow.

    Pamięta sytuację, gdy tuż przed jedną z egzekucji oficer, który dostał prawo „ostatniego słowa”, zdjął swoje lśniące wysokie buty. Podszedł do stojącego w ciszy tłumu i podarował je znajdującej się w nim staruszce. Dla niej to był skarb, ponieważ wszyscy chodzili w zwykłych kamaszach.

    „Synku, nie patrz!”

    Do dziś pamięta również ze szczegółami ten najstraszliwszy z wszystkich dzień.

    – To był maj 1942 roku. Przyjechał do nas batalion NKWD. Żołnierze byli wściekli po ganianiu po stepie za dezerterami. Chcieli się zabawić. Zaczęli szukać kobiet, ale, jak to sami mówili, „czystych”, czyli takich, które się podmywają. A takie były tylko Polki, mimo panujących tam warunków dbające o higienę – wyjaśnia mój rozmówca.

    Oprawcy znaleźli ich pięć. Wśród nich była matka pana Antoniego.

    – Wszystkie zaczęto zbiorowo gwałcić. Ponieważ rzuciłem się w ich stronę, związali mi nogi liną i podwiesili na belce pod sufitem baraku, w którym to się działo – relacjonuje. – Pamiętam, jak matka krzyczała: „Synku, nie patrz”. Kiedy skończyli, jeszcze skopali leżące na ziemi kobiety.
    Przeżyła tylko jedna z nich.

    – Znalazł się jeden porządniejszy oficer NKWD, który moją żyjącą jeszcze mamę kazał odwieźć do szpitala. To nic nie dało. Umierała pięć dni...

    Zmieniona metryka

    Do Polski wrócił w 1946 roku. Cóż z tego jednak, że znalazł się na powrót w kraju, kiedy pochodzenie wcale nie ułatwiało mu życia. Wszak pochodził z tzw. wyższych sfer.

    – Dlatego kiedy byłem w sierocińcu w Stargardzie Szczecińskim, razem z braćmi spotkaliśmy się pewnej nocy w ogrodzie. Najstarszy, Apoloniusz, który był już po maturze, podyktował nam na kartkach nasze nowe życiorysy. Kazał się ich dokładnie nauczyć. Mieliśmy opowiadać, że pochodzimy z biednej chłopskiej rodziny, a wywiezienie nas na wschód było dobrodziejstwem. Na tym życiorysie przeżyłem całą Polskę Ludową – uśmiecha się.

    Jednocześnie przyznaje, że z powodu tej mistyfikacji tak naprawdę nie wie, ile ma lat.
    – Urodziłem się chyba w 1930 albo 1931 roku, ale w metryce mam wpisany 1935 – mówi. – To dlatego, żeby po wojnie dłużej móc być w sierocińcu. Nie miałem rodziny, dlatego to był jedyny sposób, by mieć zapewnioną naukę i pożywienie.

    Wykształcenie zdobył. Skończył studia rzeźbiarskie, był asystentem profesora Wiktora Zina, został architektem. Zasłynął jako budowniczy kościołów. Zaprojektował ich i stworzył ponad 50. W naszej okolicy to kościoły Matki Boskiej Częstochowskiej w Lędzinach, Chrystusa Króla w Hołdunowie, świątynie w Łaziskach Dolnych, Czułowie i w Wartogłowcu.

    Sonda

    Czy uważasz, że właściciele i administratorzy budynków, ktorzy nie odśnieżaja chodników wzdłuż swoich posesji powinni płacić wysokie kary?

    • Zdecydowanie tak (69%)
    • Nie, chodniki to nie ich problem (23%)
    • Nie mam na ten temat zdania (7%)